IN

Sztuka to grząska abstrakcja, architektura również, scenografia także. Zazwyczaj zaczyna się od nachalnego hasła, wyjścia z ukrycia, ujawnienia identyfikacji i pomysłu. Oparta na idei praca, milionkrotnie przekształca się w coraz to bardziej niezrozumiałe farfocle, ciągnąc przy tym pierwotny koncept i rozszarpując jego założenia. Po chwili nie ma już nic. Nic z początkowej, śmiałej wizji i dogmatów wypisanych na papierze. Przez chwilę trwa pustka i łapanie ostatnich skrawków pomysłów, próba przywrócenia równowagi w rozsypujących się rzutach i przekrojach. Dysonanse są coraz głębsze, materiały nie formują się w wymagane drapowania, ściany nie opowiadają już historii wymarzonego brandingu, a kolejne dorysowane kreski tworzą chaotyczny układ. Idea zostaje stłumiona przez nieadekwatne formy i zmęczenie. Ideę te należy pogryźć kilkukrotnie z nadzieją, że w końcu poczuję się coś słodko gorzkiego i to coś zacznie prowokować do wyplucia nowego szyku zdań i przearanżowania linii i kapiteli w nowe nieformalne teksty. Kilkukrotność czasem potrafi trwać bardzo długo i nieustępliwie męczyć, wzrok przyzwyczajony do już wykreowanej wizji, która nie pokrywa się z przekazem, musi zostać raz jeszcze wyostrzony, czasem pomaga w tym wrodzony astygmatyzm, kot zrzucający szklankę, obraz, dźwięk, sen. Będąc już na skraju łatwiej dorysować jest projektowi uszy i patrząc na wesołego króliczka, dostrzec początkowy sens i dyrygując jego krawędziami ubrać idee w jej formę.