Nauka chodzenia w przestrzeni

Nauka chodzenia w przestrzeni /multisensoryczny spacer/


Widzę architekturę, dostrzegam gzymsy, kapitele, kolumny i podciągi utrzymujące betonowe małe i duże nieba. Potrafię za pomocą wzroku wyczuć ich balast i ujrzeć siłę z jaką przeciwstawiają się pionowym i poziomym siłom wiatru i ciężaru. Wyobrażam sobie ich smukłe kształty jako współczesne kariatydy o prostolinijnych ciałach, w których fałdach szat odkłada się słońce i cień. Zaciemnione okna zdają się milczeć i spokojnie przyjmować odbicia nieba. Niektóre zapraszają mnie do środka inne nie pozwalają nawet zerknąć, kryjąc w sobie nieznaną tajemnice. Są jeszcze takie, które nieśmiało przekryte transparentną skórką elewacji nie mogą zdecydować się na ekspozycje. Krzywizny elewacji powoli układają się w rytmiczny wzór, uspakajam się, czuję swój pewny oddech  i dostosowuje się do zaproponowanego tempa. Idę zgodnie z nim, przyspieszam i zwalniam, czasem zatrzymuje się spoglądając na przecinającą moją drogę oś, której koniec wieńczy samotna dominanta porośniętą tłem natury. Czasem zaglądam w szczeliny, niektóre z nich zdają się przyjmować proporcje mojego ciała, inne ostrzegają przed wpadnięciem w ślepy zaułek. Na każdą patrzę inaczej, każda opowiada o swojej celowości i zdaje się, że rozumiem ich język. Drzwi rysujące się na linii mojego wzroku z każdym krokiem zdają się rosnąć i przekraczać unormowane dwa metry. Jeszcze nie wiem czy pozwolą mi przekroczyć swój próg, ich wielkość wprawia mnie w lekkie zakłopotanie, jednak detal klamki jest jakby wygięty dla mojej dłoni, która zaczyna dotykać pustki szykując się na spotkanie z kształtem i z materiałem. Jest gładki, przyjemny, drewniany z drobnym mosiężnym oczkiem na krawędzi, lekko porusza się w dół i wciąga mnie do środka. Nie spodziewałem się mroku, przy obiekcie tak licznie ozdobionym otworami. Poruszam się jednak swobodnie idąc za kilkoma promieniami wpadającymi przez wycięcia pod sufitem. Tyle wystarczy abym zauważył, że ściany układają się w nieco wydłużone pomieszczenia. Przyjemne, światło tańczy na nich zagłębiając się w żłobioną fakturę miękkiego tynku. Odwracam jeszcze na chwilę głowę. Jednak nie jest tu tak ciemno jak czułem na początku, gra kontrastów powitała mnie swoimi akrobacjami, a teraz zmniejszyła nasycenie pozwalając delektować się widzeniem. Wzory na posadzce przyjemnie wibrują i układają się w nieskończoną geometrię. Te wibracje rozrastają się i kierują mnie do przodu. Polerowana posadzka gładko ślizga się pod moimi stopami, mam ochotę jej dotknąć  i sprawdzić czy naprawdę jest tak zgrabna jak rzeźby Michała Anioła. Tak, jest atletyczna  i bardzo zimna, chłodzi moją dłoń i umacnia poczucie wilgotności, mimo że jej kolory to ciepłe odcienie barw ziemi. Z niej wyrastają niewielkie filary ułożone w trójwymiarowe żłobienia. Przesuwam palcami po krawędziach i pustkach, krawędziach i pustkach zataczając koło wokół betonowego postumentu. Nie jest idealny, krawędzie czasem wbijają się w moją dłoń, jednak ich rytmiczność sprawia, że obracam się wokół raz jeszcze. Przestrzeń przede mną rysuje poziome linie, lewitujące w przestrzeni i czekające na balast. Ławka, przedłużenie ściany zdaje się przybierać antropomorficzny kształt, przyjmując mój obrys. Jest ciepła, pokryta zazębiającymi się klepkami, uzupełnionymi warstwą lekkiego lakieru. Na przeciwległej ścianie rysuje się niewiele pionowych wycięć o zaokrąglonych brzegach, kiedy ich dotykam czuje chropowatość tynku, niespodziewanie przechodzącą  w neutralność chłodnego szkła. Palce ślizgają się po nim z niezwykłą lekkością, nie umiejąc znaleźć siły zaczepienia, jest tak czyste.  Nie czuję jego zapachu nawet, kiedy się zbliżam, wyczuwam wyłącznie swój oddech. Szkło pozostaje neutralne i tylko odbija moją obecność. Jednak zapachy towarzyszą mi już od początku mojej wędrówki, zmieniają się w zależności od ilości światła i jego natężenia, regulowane przez grube, poszatkowane otworami ściany. Od początku towarzyszy mi zapach nowości, świeżo zmielonego betonu. Nie wyczuwam go na co dzień, jednak tu jest niezwykle intensywny, ten budynek nie przesiąkł jeszcze grupami odwiedzających go kroków i zapachów z zewnątrz. Kiedyś to się zmieni, wtedy tynk zacznie pachnieć skórzanymi obiciami foteli i zaparzoną kawą, doświadczeniami. Na razie spokojnie badam wyczuwalne słodkie zapachy naturalnych materiałów. Zapach drewna intensywnie uderza w moje nozdrza. Im wyżej jest położone, tym mniej czuję w nim wilgoci. Podchodzę do drugiej ściany, gdzie jego barwa przechodzi z ciemnej do jasnej, podobnie jak zapach, który całkowicie zmienia swoją tonację i nie jest już tym samym drewnem. Po kilku deskach przemieszcza się jeszcze aromatyczna nuta oleju. Ponownie wdycham świeżość i przesuwam drewniane drzwi, otwierające się na wewnętrzne atrium. Uderza we mnie nagłe powietrze, otacza swoją lekkością i zapachem natury. Tutaj drewniene elementy zdają się żyć zgodnie ze swoim przeznaczeniem, w bezpośrednim sąsiedztwie niskiej sadzawki,  w której woda odbijając się od gładkich kamiennych krawędzi przenosi naturalne zapachy słońca i deszczu, skumulowane w okrągłym pierścieniu.  Barwne światła nieba wirują i odbijają się od spokojnej wody i betonu. Czuję ich smak, czuję smak wszystkich pływających odcieni, od soczystego i kwaśnego, aż po ten brunatny, gorzki. Niektóre z nich pobudzają mnie i mam niezmierną ochotę, aby w całości pochłonąć ich barwy, są intensywnie czerwone, po czym przechodzą w biel, która na chwilę zaspakaja moje pragnienie. Mogę wybrać swój własny, indywidualny, ten który najbardziej do mnie dociera i który smakuje najlepiej. Tutaj wzrok i smak pobudzają mój głód uruchamiając pragnienie świeżości i słodyczy. Słodycz wiatru wirująca w otwartym pudełku atrium, wypełnia przestrzeń pogłosem, a dźwięki odbijają się od wielkich płaszczyzn i kierują ku mniejszym otworom, by tam schować się i ucichnąć. Pukam. Niektóre materiały odpowiadają mi głuchą ciszą inne natomiast powielają płynące z wnętrza echo, które rozprasza się zanim dojdzie do moich uszu. Słyszę wyraźnie tony wyższe i niższe wydostające się z wnętrza ścian. Niektóre z nich tworzą harmonijną melodię, czasem zakłóconą lekkim trytonem. Muzyka gra bez skrzypiec, gra pod moimi stopami, kiedy poruszam się po drobnoziarnistym żwirze i szeleści, kiedy pomiędzy wertykalnymi przepierzeniami. Potem cichnie, kiedy zaplątuje się w miękką, falowaną zasłonę.